5 sygnałów, że nie warto podejmować współpracy, czyli kiedy stawka jest kusząca, ale…

Wolność, decyzyjność, a przede wszystkim – wyższe zarobki… Benefity związane pracą freelancera faktycznie są kuszące, ale w wyobraźni “etatowców” nabierają one dodatkowych rumieńców, które przykuwają wzrok dużo bardziej niż sińce pod oczami, którymi są okupione. Bo rzeczywistość freelancera nie zawsze jest różowa. Współpraca nie zawsze musi być łatwa i bez problemowa – i nie zrekompensuje tego nawet obiecująca stawka. Zobacz na co lepiej uważać!

Samozatrudnienie w Polsce

W Polsce – jak wynika z danych Eurostatu 18 proc. samozatrudnionych i choć trudno uciec od przypuszczeń, jakoby część z nich była do takiej formy pracy zmuszona, większość – o czym mówią dane Głównego Urzędu Statystycznego – wybiera ją dobrowolnie i… nie narzeka. Dane GUS-u zgadzają się z wnioskami analityków Taxe Care, z których wynika, że aż 7 na 10 samozatrudnionych nigdy nie spotkało się z taką sugestią, a jedynie jeden otrzymał “propozycję nie do odrzucenia”. Nie zmienia to jednak faktu, że – mimo oczywistych korzyści, jakie można osiągnąć pracując na własny rachunek – na tej drodze nie brakuje wybojów. Niektóre można jednak omijać z daleka. Początkujący freelancerzy często mają tendencję, by każde zlecenie postrzegać w ostatecznych kategoriach “być albo nie być”. Bo przecież ostatecznie pieniądz to pieniądz, prawda? Nie. Kluczowa w pracy freelancera jest bowiem umiejętność odpowiedzialnego zarządzania swoich czasem. Każda godzina spędzona na poprawianiu poprawek do poprawek, odgadywaniu niewypowiedzianych oczekiwań klienta, dyskusjach na temat wysokości Twoich stawek i udowadnianiu, że nie da się “szybko, dobrze i tanio”, jest wymierną stratą.
Myślisz, że na wybrzydzanie nie może sobie pozwolić początkujący? To błąd. Czas to pieniądz, używaj go mądrze
  By zachować produktywność, nie dopuścić do frustracji związanej ze zmaganiami z klientem “awanturującym się”, warto działać prewencyjnie.

Kiedy powinna zapalić się “czerwona lampka”?

Zaskocz mnie … czyli klient, który nie wie, czego chce

Przed podjęciem współpracy, dokładnie ustal, a najlepiej spisz, jakie klient ma względem niej oczekiwania, a także upewnij się, że jesteś w stanie im sprostać. Ustalenia powinny być precyzyjne, ułożone priorytetami i rozpisane w harmonogramie, jeśli współpraca ma mieć charakter długofalowy. Bez nich,Ty nie będziesz wiedział, do czego dążysz, a klient nigdy nie będzie zadowolony z miejsca, do którego go zaprowadzisz. Nie znaczy to, że trzeba rezygnować ze współpracy za każdym razem, gdy klient ma mgliste pojęcie o tym, czego może wymagać. Jeśli jego oczekiwania są nieprecyzyjne, ponieważ nie zna dokładnie specyfiki usług, które chce od Ciebie kupić, warto rozmawiać i ewentualnie zderzyć jego wyolbrzymione czasem oczekiwania z realnymi – zważywszy na budżet, czas i skalę – możliwościami. Niemniej istotne od celów jest ustalenie sposobów ich mierzenia, bo o ile logo małej lub średniej firmy oceniane jest często w binarnych kategoriach ładne/brzydkie, o tyle w przypadku usług, które ocierają się np. o kwestie techniczne nie zawsze jest to takie proste. Zanim więc zobowiążesz się do tego, by “zwiększyć ruch na stronie”, upewnij się, co KONKRETNIE kryje się pod tym określeniem. Jaki ruch? Jak go mierzyć? O ile go zwiększyć? Jeśli – po ustaleniu konkretów – okaże się, że wyznaczone cele, wymagają kompetencji, których nie masz, np. specjalizujesz się w pisaniu tekstów SEO, a zwiększenie widoczności w wyszukiwarce wymaga przebudowy serwisu, powiedz o tym otwarcie. Uczciwość, choć w krótkim terminie finansowo nie zawsze się opłaca, w długim pozwala budować wartościowe relacje, które zwłaszcza w pracy freelancera są na wagę złota.

Nikogo nie ma w domu … czyli warto rozmawiać

Dzisiaj kiedy na open space’ie siedzi nawet Mark Zuckerberg, otwarta komunikacja wydaje się oczywistym warunkiem owocnej współpracy, a mimo to nie brakuje managerów “ze starej szkoły”. Ich numer telefonu jest ściśle tajny, mail to droga kontaktu jedynie z wyjątkowymi klientami, a cała reszta – łącznie z Tobą – to mniej lub bardziej niepotrzebne zawracanie głowy. Jeśli nie musisz z kimś takim pracować bezpośrednio, bo ludzkim głosem w jego imieniu przemawia np. asystent, być może nie ma powodu do obaw, ale… Nawet wtedy jest ryzyko, że wdepniesz w relacje “ja Cię kocham, a Ty śpisz”. Nie chodzi bowiem o to, by miło rozmawiać, ale o to by (miło) rozmawiać z osobami, które podejmują decyzje. A można założyć, że jeśli takie osoby PILNE maile lekceważą bez czytania, przełoży się to warunki Twojej pracy, np. kiedy akceptacja poszczególnych jej etapów będzie się przeciągała. Niewykluczone zresztą, że również kwestia Twojego wynagrodzenia nie zostanie zaliczona do pilnych… Zakłócenia na tej linii można na szczęście wychwycić na samym początku. Jeśli przyjdzie Ci czekać tydzień na doprecyzowanie szczegółów Twojego zlecenia, prawdopodobnie nie jesteś najwyższym priorytetem, a – pamiętaj! – każda zmarnowana godzina, to Twoje stracone pieniądze.

Klient – Twój Pan … czyli nie, po prostu nie

Może kiedyś takie feudalne podejście do pracy i pracowników miało rację bytu, choć wydaje się, że – nawet wtedy – raczej nie miało alternatyw. Tak czy owak, dzisiaj klient to po prostu klient, który w idealnych warunkach może zostać biznesowym partnerem. Jeśli jednak zawsze wie lepiej, nie szanuje Twoich rekomendacji, podważa autorytet, i ogólnie “płaci, ale wymaga”, warto przypomnieć mu, że płaci właśnie za kompetencje, które kwestionuje. Uważa, że przepłaca? No cóż… A może myślisz, że – jako jeden z nielicznych twardych zawodników – spełnisz jego oczekiwania? Zasłużysz na poklepanie po plecach albo może nawet na milczącą (a jakże!) aprobatę? Nawet jeśli nieuzasadniona, ordynarna lub zawoalowana krytyka nie robi na Tobie wrażenia, takie podejście się po prostu nie opłaca, co łatwo zresztą policzyć. Do czasu, jaki zajmuje Ci wykonanie zadania dodaj czas, jaki poświęcasz na późniejsze emocjonalne przepychanki z kimś, kto najpewniej niewiele o wie o Tobie, a być może również o tym, czym się zajmujesz. Nadal chcesz mu coś udowadniać?

To się do niczego nie nadaje! … czyli kiedy dzieło jest skończone

Wycena danego zlecenia powinna uwzględniać nie tylko czas jego faktycznego wykonania, ale też dodatkowe godziny, które poświęcisz na przygotowania, a także te, które pochłoną ewentualne poprawki. Research, rozmowy, gromadzenie danych… to kwestie, które zleceniodawcy skłonni są lekceważyć, ale które zabierają naprawdę sporo czasu, a – ponownie – Twój czas, to Twój pieniądz. Jeśli więc np. tekst na bloga piszesz przez cztery godziny i tylko za tyle “kasujesz” zleceniodawcę, lepiej, żebyś pisał “z głowy”. Jeśli research zajmuje Ci tyle samo… jesteś w połowie wolontariuszem. Przed przystąpieniem do realizacji zadania, oszacuj, ile czasu zajmie tzw. prework, ile informacji potrzebujesz i od kogo powinieneś je dostać. Jeśli ich obieg wymaga udziału osób trzecich, ustal i zapisz terminy, w których powinny zostać dostarczone. Postępuj tak również przypadku poprawek. Jeśli cele zostały zdefiniowane, a harmonogram prac ustalony, nie ma żadnych przeszkód, by określić do wykonywania jakiej liczby korekt, jesteś zobowiązany. Takie rozwiązanie dyscyplinuje obie strony – Ciebie zmusza, by podążać dokładnie za ustaleniami klienta, a klienta – by ustalać je dokładnie. Oboje unikacie w ten sposób niepotrzebnego mnożenia maili, w których – zamiast rzeczowych odpowiedzi na pytania – otrzymujesz garść “forwardowanych” refleksji na tematy wszelakie od każdego członka zespołu.

Umowa to umowa … czyli na jakie zapisy zwrócić uwagę

Freelance to wielka siła, ale i wielka odpowiedzialność, dlatego zapewnienie “to standardowy zapis” nigdy nie powinien Cię zadowolić. Nie znaczy to oczywiście, że każdą umową powinieneś skonsultować z prawnikiem, ale czasem – zwłaszcza jeśli znaczenia poszczególnych zapisów nie jesteś pewien – jest to wskazane. Podpisywanie umów, których nie rozumiemy, jest absolutnie niedopuszczalne i choć sytuacje, kiedy zleceniodawca podsuwa “standardowy” kontrakt do podpisania na kolanie, zdarzają się coraz rzadziej, nigdy nie trzeba ich akceptować. Na szczęście, coraz powszechniejszą praktyką jest przesyłanie tzw. draftu do akceptacji. Oprócz sprawdzenia swoich danych, warto wtedy upewnić się, że pozostałe zapisy na pewno zgadzają się z poczynionymi ustaleniami. Bardzo często bywa tak, że na piśmie stawki maleją, deadline’y przyspieszają, a zakresy zadań i odpowiedzialności – pęcznieją. Sprawdź to, jeśli trzeba przypomnij drugiej stronie warunki, na jakie przystałeś, a – w razie potrzeby – że czas na ich negocjacje minął. Zwróć też uwagę na zakres odpowiedzialności, który wiąże się ze zleceniem. To, że wymagana jest dyskrecja, a naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa jest karane, nie powinno budzić wątpliwości, ale już ograniczenie działalności konkurencyjnej w przypadku freelancera wymaga precyzyjnej definicji. Musi rzeczywiście chronić interesy klienta, ale nie powinno ograniczać Twoich możliwości. Jeśli więc przygotowujesz strategię contentową dla firmy produkującej oprogramowanie dla branży logistycznej, a umowa zabrania Ci współpracy z firmami IT w ogóle, poproś o dookreślenie. Nie lekceważ również zapisów o odpowiedzialności za ewentualne błędy. Oczywiście, jesteś odpowiedzialny za wszystko, co związane jest wprost z Twoim dziełem, ale – jeśli jednocześnie przenosisz na zleceniodawcę prawa do eksploatacji dzieła na wszystkich innych polach, do jego modyfikacji i powielania – poproś o ograniczenie Twojej odpowiedzialności do adekwatnego poziomu. Przede wszystkim jednak, nie daj sobie wmówić, że “standardowa” umowa musi być niezrozumiała.

Zostaw
komentarz

Nasi eksperci również chętnie
uczestniczą w dyskusji i odpowiadają
na Wasze komentarze.

kawaDzielimy się wiedzą nie tylko na bloguksiazka

Ponad 30 porad księgowych

POBIERZ E-BOOKI